Kat
Jako kat miejski masz pewną posadę i niezłą pensję. Problem w tym, że mało kto zechce usiąść obok ciebie w kościele.


Na miejskim etacie
Kata zatrudniało zwykle miasto lub pan, płacąc mu pensję oraz stawkę za każdą czynność: powieszenie, ścięcie, chłostę, piętnowanie czy wystawienie pod pręgierz. Egzekucje były publicznym rytuałem, który miał odstraszać, więc kat musiał być sprawny – nieudane ścięcie mogło rozwścieczyć tłum przeciwko niemu. W wielu miejscach przeprowadzał też tortury podczas przesłuchań, w ówczesnej Europie kontynentalnej legalny element procesu.
Sposób kary zależał od stanu i przestępstwa. Ścięcie mieczem uchodziło za śmierć godniejszą i często zarezerwowane było dla szlachty; złodziei zwykle wieszano, a najokrutniejsze kary stosowano za zdradę czy herezję. Kara miała odpowiadać nie tylko winie, ale i pozycji skazanego.
Życie na marginesie
W krajach niemieckojęzycznych i w Polsce zawód kata uznawano za „nieczysty”. Kat mieszkał często na skraju miasta, w karczmie mógł nie zostać obsłużony, w kościele miał osobne miejsce. Jego dzieciom trudno było znaleźć małżonka spoza profesji, dlatego rodziny katowskie żeniły się między sobą i tworzyły wielopokoleniowe dynastie. Dla dorobienia kat bywał też hyclem – usuwał padlinę, czyścił kloaki, nadzorował zamtuz. Mimo to bywał zamożny: opłaty za egzekucje i dodatkowe zajęcia dawały dochód, jakiego nie powstydziłby się niejeden rzemieślnik.
Uzdrowiciel z mieczem
Zaskakujący szczegół: kaci znali anatomię jak mało kto, więc wielu z nich nastawiało kości i leczyło rany, czasem skuteczniej niż uczeni medycy. Najlepiej znamy dziennik Frantza Schmidta, kata Norymbergi w latach 1578–1617, który skrupulatnie opisał swoje egzekucje, a pod koniec życia uważał się głównie za lekarza. Udało mu się nawet przywrócić rodzinie dobre imię. Kaci sprzedawali też maści i zioła, a ludowa wyobraźnia przypisywała magiczną moc wszystkiemu, co pochodziło z szubienicy – od sznura po drzazgi.