Kowal
Jako wiejski kowal jesteś niezastąpiony: każdy lemiesz, podkowa, gwóźdź i nóż w parafii prędzej czy później trafia pod twój młot.


Żelazo z dymarki
Przez większą część średniowiecza żelazo wytapiano w dymarkach – niewielkich glinianych piecach, w których rudę ogrzewano węglem drzewnym, aż powstała gąbczasta bryła żelaza z żużlem, zwana łupką. Trzeba ją było długo kuć, by wycisnąć zanieczyszczenia. Wielkie piece dające płynną surówkę pojawiły się w Europie dopiero pod koniec średniowiecza, mniej więcej między XIII a XV wiekiem, więc żelazo długo było cenne i pracochłonne. W Polsce słynnym ośrodkiem dawnego hutnictwa były Góry Świętokrzyskie.
Kowal obrabiał metal w palenisku na węgiel drzewny, rozdmuchiwanym miechem, przy którym zwykle stał uczeń. Termometrów nie było – temperaturę oceniano po barwie: wiśniowa, pomarańczowa, żółta, biała. Dobry kowal umiał zgrzać dwa kawałki żelaza, uderzając je młotem w idealnym momencie.
Co zamawiała wieś
Sławę przynosi broń, ale chleb wiejskiego kowala był skromniejszy: podkowy i hufnale, lemiesze i krojidła, sierpy, kosy, siekiery, zawiasy, kłódki, haki do kotłów, żelazne obręcze kół. Naprawy nie miały końca. Upowszechnienie się pługa i podkuwania koni w pełnym średniowieczu uczyniło kowala jeszcze ważniejszym dla rolnictwa.
W miastach zawód rozpadł się na specjalności: płatnerzy, ślusarzy, gwoździarzy, nożowników i mieczników, zrzeszonych w cechach. Cech pilnował nauki, cen i jakości. Chłopak terminował kilka lat jako uczeń, potem jako czeladnik, i dopiero po wykonaniu majstersztyku mógł zostać mistrzem.
Żar, hałas i szacunek
Praca była gorąca, głośna i wyniszczająca: oparzenia, urazy oczu od odprysków zgorzeliny i stopniowa utrata słuchu należały do codzienności. Kuźnia była też miejscem spotkań, gdzie czekający na podkucie konia wymieniali plotki i wieści. W wierzeniach ludowych kowalowi przypisywano wręcz magiczną władzę nad ogniem i metalem – a popularność nazwisk Kowalski, Kowalczyk czy Kowalewski pokazuje, jak powszechny był to fach.