Rybak
Jako rybak w XX wieku wstajesz przed świtem, czytasz niebo jak gazetę i wiesz, że morze cię żywi – a czasem zabiera przyjaciół.


Od wiosła do silnika
Na początku stulecia wielu przybrzeżnych rybaków wypływało jeszcze małymi otwartymi łodziami pod żaglem lub na wiosłach, stawiając sieci i haki niedaleko brzegu. Od pierwszych dekad wieku upowszechniały się silniki, które pozwalały wypływać dalej i dłużej zostawać w morzu. Po II wojnie światowej nastała era rybołówstwa przemysłowego: stalowe trawlery, echosondy wykrywające ławice, nylonowe sieci, które nie gniły, i statki-przetwórnie zamrażające ryby na łowiskach daleko od domu, aż po północny Atlantyk.
Bałtyckie życie
Na krótkim polskim wybrzeżu społeczności rybackie, jak na Półwyspie Helskim i w kaszubskich wsiach, miały głębokie tradycje. Łowiono śledzie, dorsze, szproty, flądry, łososie i węgorze, często w rodzinnych załogach, dzieląc połów według zwyczaju na tzw. działy. Łodzie wyciągano na plażę, a kobiety naprawiały sieci, patroszyły i wędziły ryby i sprzedawały je na targach. Po 1945 roku państwowe przedsiębiorstwa połowowe w Gdyni, Świnoujściu i Kołobrzegu wysyłały trawlery dalekomorskie na odległe łowiska. Praca na dalekomorskim statku oznaczała miesiące rozłąki z rodziną, ale i zarobki, o których rybak przybrzeżny mógł tylko marzyć.
Sztormy i puste sieci
Rybołówstwo od dawna należy do najniebezpieczniejszych zawodów cywilnych. Sztormy, lód, wywrotki i wypadki przy windach i sieciach zabierały ludzi, a rodziny rybaków żyły z tym ryzykiem na co dzień. Pomniki i tablice upamiętniające tych, którzy nie wrócili z morza, są stałym elementem nadmorskich miejscowości.
Pod koniec XX wieku największym wyzwaniem stało się przełowienie. Upadek łowisk dorsza u wybrzeży Nowej Fundlandii, który w 1992 roku zmusił Kanadę do wprowadzenia moratorium, był ostrzeżeniem dla całego świata. Zasoby bałtyckiego dorsza też drastycznie się skurczyły, a kwoty połowowe, zamknięcia łowisk i redukcja flot zmieniły życie nadmorskich społeczności.