Pilot myśliwca
Jako pilot myśliwca siedzisz sam w ciasnej kabinie, marzniesz na wysokości, a w ostrych zakrętach krew odpływa ci z głowy. I możesz mieć ledwie dwadzieścia lat.


Od płótna do odrzutu
Lotnictwo myśliwskie narodziło się w czasie I wojny światowej. Pierwsze maszyny były dwupłatowcami z drewna i płótna, osiągającymi około 150–200 km/h, a piloci latali w otwartych kabinach, zwykle bez spadochronów. W czasie II wojny światowej myśliwce takie jak Spitfire, Messerschmitt Bf 109 czy P-51 Mustang były metalowymi jednopłatami, rozwijającymi mniej więcej 600–700 km/h. Pierwsze bojowe odrzutowce, jak Me 262, pojawiły się w 1944 roku, a w latach pięćdziesiątych loty ponaddźwiękowe stały się rutyną. Kabiny zyskały radiostacje, płytę pancerną za fotelem, a z czasem fotele katapultowe. Szkolenie trwało miesiącami, a w czasie wojny często było skracane.
Co przeżywa ciało
W ciasnych zakrętach przeciążenie odpycha krew od mózgu: przy kilku g pole widzenia się zawęża i szarzeje, a przy większych pilot może stracić przytomność. Wysokość oznaczała mróz i brak tlenu, więc piloci polegali na maskach tlenowych i grubych kombinezonach. Walka powietrzna była krótka, chaotyczna i zabójcza – wiele zestrzeleń zaliczali ci, którzy zaatakowali niezauważeni z góry albo od strony słońca. Zmęczenie, strach i utrata kolegów odciskały piętno, a wielu pilotów ginęło nie w walce, lecz w wypadkach szkoleniowych.
Polacy z Dywizjonu 303
W bitwie o Anglię w 1940 roku Dywizjon 303, latający na Hurricane’ach z lotniska Northolt, był jednym z najskuteczniejszych w RAF – zaliczono mu wówczas około 126 zestrzeleń, choć później, jak większość ówczesnych deklaracji, liczbę tę skorygowano w dół. Polscy lotnicy walczyli już we wrześniu 1939 roku na przestarzałych myśliwcach PZL P.11, a potem przez Rumunię i Francję przedostali się na Wyspy, by walczyć dalej.
Ich historia skończyła się gorzko: po 1945 roku wielu nie mogło bezpiecznie wrócić do komunistycznej Polski, a ci, którzy wrócili, często spotykali się z represjami.